a kim byś był, gdybym ściągając z ciebie
ubranie, zdjęła wszystkie zagrywki, zagrania, żarty, żarciki, strategie
obronne i ruchy osłonne, gdybym dotknęła dolnych warstw
skóry (podobno u was skóra jest na lewą stronę, więc zakończenia
nerwów są ciągle na wierzchu) a potem zlizała każdą zmarszczkę,
bliznę, ślad? kim byś był,
co by z ciebie zostało? czy jest w tobie coś ponad
ten błękitny smutek, który czasem masz w oczach, kiedy
nikt nie widzi?
koraliki
przestałam wierzyć w znaki, w tajemne sygnały zachwytów, w dotyk, w obecność nad ranem. nie wierzę już w równoległość ścieżek. moje ciało leży obok twojego, ale kiedy moje palce przesuwają po twoim nadgarstku bransoletkę z koralikami we wszystkich kolorach tęczy (ślady dawnej wiary), w klatce piersiowej mam już tylko zimny wiatr. nie dochodzi tam już słońce.
skyfall
i pewnego dnia spotkasz mnie niby
przypadkiem. w kawiarni, w przeciągu, w samolocie. jestem
po to, by cię uwieść. a potem podpalić
ziemię, zmienić kierunek wiatru, przesunąć
ocean. niosę śmierć we włosach, a koniec świata
trzymam w torebce. nad moim obojczykiem
mieszkają błękitne demony. jestem
po to, by cię zniszczyć. a potem wyciągnąć
z iluzji, dotykiem przepalić kości, unieść
samym ruchem rzęs. rozgrywam
twoją bezbronność jak podstarzały generał, lekko. jestem
po to, by cię pokochać. a potem zostawić
cię bez życia, które wiodłeś, bez pamięci, kogo kochałeś, bez ciała
obok. dopiję kawę, zamknę drzwi, zabiorę bagaż na kolejne lotnisko. lepiej
nie wychodź dzisiaj z domu.
przypadkiem. w kawiarni, w przeciągu, w samolocie. jestem
po to, by cię uwieść. a potem podpalić
ziemię, zmienić kierunek wiatru, przesunąć
ocean. niosę śmierć we włosach, a koniec świata
trzymam w torebce. nad moim obojczykiem
mieszkają błękitne demony. jestem
po to, by cię zniszczyć. a potem wyciągnąć
z iluzji, dotykiem przepalić kości, unieść
samym ruchem rzęs. rozgrywam
twoją bezbronność jak podstarzały generał, lekko. jestem
po to, by cię pokochać. a potem zostawić
cię bez życia, które wiodłeś, bez pamięci, kogo kochałeś, bez ciała
obok. dopiję kawę, zamknę drzwi, zabiorę bagaż na kolejne lotnisko. lepiej
nie wychodź dzisiaj z domu.
casino
mówisz: gra, ryzyko, hazard. podobno
w starciu z fartem jesteśmy
bez szans. rzuca nami jak kośćmi, miota
domkiem z kart, rozgrywa złośliwie, ten marny
pokerzysta. odsłoni, zasłoni, zmruży
oczy. uda, że daje, a zabierze
wszystko.
mówię: przyzwyczajenia, zobowiązania, iluzje. podobno
w starciu ze strachem jesteśmy
bez szans. trzyma nas w garści, otula
zimowym szalem, ustawia w szeregach, ten złośliwy
magik. napisze, dotknie, zrobi
zdjęcie. uda, że będzie, a zniknie
natychmiast.
jeśli nie ryzykujesz, to jak chcesz grać?
jeśli nie oddychasz, to jak chcesz żyć?
w starciu z fartem jesteśmy
bez szans. rzuca nami jak kośćmi, miota
domkiem z kart, rozgrywa złośliwie, ten marny
pokerzysta. odsłoni, zasłoni, zmruży
oczy. uda, że daje, a zabierze
wszystko.
mówię: przyzwyczajenia, zobowiązania, iluzje. podobno
w starciu ze strachem jesteśmy
bez szans. trzyma nas w garści, otula
zimowym szalem, ustawia w szeregach, ten złośliwy
magik. napisze, dotknie, zrobi
zdjęcie. uda, że będzie, a zniknie
natychmiast.
jeśli nie ryzykujesz, to jak chcesz grać?
jeśli nie oddychasz, to jak chcesz żyć?
rzucam kośćmi
trzy: poznaję cię po ilości kropek stawianych po każdym słowie.
pięć: przychodzisz z winem, choć nie powinieneś. całuję cię, choć nie powinnam.
trzy: od tygodnia kupuję gumę do żucia o smaku twojej śliny.
jeden: pamiętasz nasz śmiech?
cztery: napisałeś w środku nocy, że musisz mnie poznać.
sześć: świetną robotę robisz na scenie, a teraz chodźmy do łóżka.
jeden: śpiewałeś w samochodzie, kiedy jeszcze wierzyliśmy.
cztery: znikasz po pierwszym sprawdzam.
dwa: wydawało mi się, że nie napiszesz więcej.
jeden: liczę korale na nadgarstku - w górę i w dół, bo wiem, że masz na ręku takie same.
zero: budzę się ze śniegiem za oknem, ze szronem na szyi. drętwieją mi palce.
pięć: przychodzisz z winem, choć nie powinieneś. całuję cię, choć nie powinnam.
trzy: od tygodnia kupuję gumę do żucia o smaku twojej śliny.
jeden: pamiętasz nasz śmiech?
cztery: napisałeś w środku nocy, że musisz mnie poznać.
sześć: świetną robotę robisz na scenie, a teraz chodźmy do łóżka.
jeden: śpiewałeś w samochodzie, kiedy jeszcze wierzyliśmy.
cztery: znikasz po pierwszym sprawdzam.
dwa: wydawało mi się, że nie napiszesz więcej.
jeden: liczę korale na nadgarstku - w górę i w dół, bo wiem, że masz na ręku takie same.
zero: budzę się ze śniegiem za oknem, ze szronem na szyi. drętwieją mi palce.
kryzys wiary
pierwszy
ciągle nie mogę uwierzyć, że przerwaliśmy
maraton z powodu piasku w bucie, zakończyliśmy lot przez mignięcie
jaskółczego ogona. znaleźliśmy klucz, a zatrzasnęliśmy drzwi bo
przez chwilę był przeciąg. nie rozumiem, jak można
tak rezygnować z tego, co miało być.
drugi
w słowach możesz być obok, leżeć na plaży, głaszcząc moje włosy. możesz stworzyć, zmienić, odejść bez konsekwencji. to nie ma wartości, nie robi sensów, nie przenosi ciał, nie sprawia, że zostaniesz na moment przed świtem.
trzeci
cała skuteczność jest miarą prawdy. nie działasz.
ciągle nie mogę uwierzyć, że przerwaliśmy
maraton z powodu piasku w bucie, zakończyliśmy lot przez mignięcie
jaskółczego ogona. znaleźliśmy klucz, a zatrzasnęliśmy drzwi bo
przez chwilę był przeciąg. nie rozumiem, jak można
tak rezygnować z tego, co miało być.
drugi
w słowach możesz być obok, leżeć na plaży, głaszcząc moje włosy. możesz stworzyć, zmienić, odejść bez konsekwencji. to nie ma wartości, nie robi sensów, nie przenosi ciał, nie sprawia, że zostaniesz na moment przed świtem.
trzeci
cała skuteczność jest miarą prawdy. nie działasz.
dalej
nie umiem ci powiedzieć, co dalej, czy uda się, czy stchórzymy, czy napiszę jutro, czy nie zapomnimy, czy ocali nas odległość, czy nie zgubi dotyk, czy uwierzymy raz jeszcze, czy nie zniknę z dnia na dzień, czy to w ogóle możliwe samą myślą sprawić, że ktoś na ulicy chwyci cię za rękę, choć naprawdę go nie ma
zaległe
powiedz proszę, czy wierzysz w znaki na powietrzu, w nagłe
uskoki struktury świata, w istnienie jednej
mapy, która przywiodła nas tu, tylko
dla tej niedzieli. piliśmy wino, a dzikie
dla tej niedzieli. piliśmy wino, a dzikie
rzeki tańczyły między nami. i czy
uwierzysz, jeśli powiem, że szukałam tego
zapachu na rogach ulic, idąc za nim aż
tutaj. dzielą nas lata
światła, historie, hierarchie, pokłady
obietnic składanych innym oczom, czy to
możliwe, że dotkniemy się kiedyś, czy też znaki
mnie zwodzą, mapa
nie istnieje, a jedyne, co mogło się nam zdarzyć, to te kilka
uwierzysz, jeśli powiem, że szukałam tego
zapachu na rogach ulic, idąc za nim aż
tutaj. dzielą nas lata
światła, historie, hierarchie, pokłady
obietnic składanych innym oczom, czy to
możliwe, że dotkniemy się kiedyś, czy też znaki
mnie zwodzą, mapa
nie istnieje, a jedyne, co mogło się nam zdarzyć, to te kilka
minut poprzedniej niedzieli, szara mgła
znad dzikich rzek, dygocący od niepewności powidok.
czekam
przygarnij bezpańskiego psa mojego serca, funt kłaków z moich kocich snów, dwa niepewne jeziora w oczach, dziki strach, cichy śpiew, ciemne morze smutku.
moje serce
jest wygłodniałym psem (jutro zerwie się ze smyczy
smutku) zranionym wilkiem matowym
niebem wielkookim
dzieckiem rysą na szybie śladem
na
smutku) zranionym wilkiem matowym
niebem wielkookim
dzieckiem rysą na szybie śladem
na
Subskrybuj:
Posty (Atom)