otwarcie

jeszcze nie wiem, jak zacząć, kiedy język się kończy

stoję sama naprzeciwko lasu w środku nocy
wchodzę do wody, która staje się smołą
tam, gdzie powinno być serce, są tylko zaschnięte ślady krwi

klatkę piersiową mam otwartą na oścież
biegają w niej egzotyczne zwierzęta, dziki mrok

na łączach

nagle w te kilka minut chcę ci opowiedzieć cały świat:
sny dzielone z siostrą,
dziwaczne książki taty,
historię międzynarodowego handlu widzianą w galerii sztuki,
jak zemdlałam na lekcji biologii
i to, że jutro ubiorę kalosze i płaszcz w białe grochy.

chcę opowiedzieć ci ciebie:
jak wibruje ci głos, kiedy się śmiejesz.
i to, że kiedy milkniesz, to zupełnie nie wiem,
skąd mam tyle czułości, rozległe akweny.

to wszystko jest o nas:
tych, których nie ma.

kolacja

jeśli zostaniesz nie mówmy o tym
jeśli przyjdziesz nie myślmy o tym
jest dobrze
powiedzmy że
jest dobrze

i tylko kiedy zamykam za tobą drzwi
opieram się o nie całym ciężarem ciała
myśląc że przecież to wcale
nie jest

a potem zakrywam to, że tęsknię za rozmową z tobą
winem, zupą cebulową i rozsypanymi po stole ziarnami granatu
że w tych kilku chwilach dzieje się coś prawdziwego
coś co pokazuje że pod słowem dobrze kryje się ciemny ocean

czkawka

niech nie mija
pozwalam ci myśleć o mnie

zbroja

kruszę się od dotyku, drżę w miejscach łączenia (na karku, na dłoniach, w okolicy
przepony). uciekam więc, zanim
mnie rozbierzesz. i tak wszyscy widzą ciemne
ślady twojego dotyku. odsuwam się szybko, by nie było widać, jak łatwo
teraz można mnie dotknąć, do samego środka krwi.

i kiedy zszywam powoli skórę, szykując się ciało na kolejny
dzień, mówię nie dotykaj
mnie więcej, moja zbroja pęka na szwach.

po czterech latach

dotykam cię mój smutku delikatnie, palcem wskazującym, nadłamanym paznokciem. od tego dotyku w brzuchu robi się coraz cieplej, delikatna fala płynie w górę, do ust. przypominam sobie to wszystko, za czym tęsknię, a co dalej boli: ufność, obecność, przyszłość. minęło tyle czasu a ja dalej nie umiem być wobec kogoś na serio. nie sądziłam, że tak głęboko utkniesz we mnie mój smutku.

kaprysy

chcę rzucić się w kogoś jak w rzekę po zimie - mocną, wezbraną, ciemną. krzyczeć nad ranem, wkładając palce między mięśnie, oplatać włosami nadgarstki, śmiać się głośno, mając za plecami noc.

grochy

mówisz - byłaś dziś taka spięta. tak, byłam. przecież nie mogę patrzeć ci za długo w oczy, bo za szybko zrozumiesz, jak cienka jest linia, jakim fałszem jest przestrzeń między nami, wystarczy pół sekundy. więc przekładam papiery, siadam, podchodzę do okna, cicho zamykam drzwi, gdy wychodzisz. a kiedy potem idę ulicą w tej spódnicy w grochy, halka ociera mi się o uda. żałuję, że twoje ręce nie są jednak w kropki.

pani z zamku nad miastem


mały pokoik, siedem metrów nad ziemią, z widokiem
na góry, kiedy się zielenią i kiedy znikają co rano, czekając na dotyk. wytyczasz
jej ciałem wszystkie linie kosmosu, drobnym ruchem ręki, precyzją
lancetu, zaznaczasz czułe punkty, wkładasz
pod powieki tajemne znaki, ciche obietnice. jestem
tym, czego nie
ma. leży,
niezakryta, z włosami do pasa. i kiedy
zrywa się przed świtem, by zdążyć na pociąg, a potem
dalej w las, chwyta łuk, we włosy wkłada
strzały. to nie ma znaczenia, jak bardzo będziesz chciał się
ukryć.

powinności

i nawet nie wiesz, kiedy zaczynasz żyć ich życiem: jego córką w szpitalu, pogrzebem
jej matki, wizytą psa u weterynarza, jej rozwodem, odwiedzinami ich dzieci, jego
operacją, jej popsutym samochodem (pożyczasz nawet
własny), nieskończonym remontem ich domu na przedmieściach - tymi wszystkimi
okruchami, które dostajesz
nie wiadomo dlaczego i co
właściwie z nimi zrobić. wieszasz więc
obrazy na ścianach i zbierasz w jedno miejsce
książki. nagle potrzebujesz nowego garnka, łóżka, szafy, wazonu
na kupowane spontanicznie na ulicy kwiaty. coraz szczelniej oplata cię
sieć ludzkich spraw, drobiazgów, powinności, coraz
trudniej jest pomyśleć, że twoje miejsce jest
gdzie indziej, nad oceanem pełnym turkusów i złota, w dzikości i w nieskończonym locie.